środa, 8 maja 2019

Borowiacki z wilkami.


Ostatnimi laty nasze bory są częstym tematem myśli i rozmów, artykułów i relacji, przedsięwzięć. Powody są dwa: po-huraganowa katastrofa oraz obecność wilków. Oba zjawiska dotykają mieszkańców i przejawiają się w codziennym życiu. Dotknęły też Borowiackiego...


W zeszłym roku nie wpuszczono nas do lasu - Gromuś przygotował mapę z której musieliśmy zrezygnować. W tym roku głośno jest o wilkach - ludzie boją się wchodzić do lasu. W tych ciekawych czasach organizujemy XIX Borowiacki Marsz na Orientację o Puchar Burmistrza Czerska oraz 07 Pomorski Rogaining. 



 Tradycyjnie zapraszamy wszystkich aktywnych ludzi na nasze zawody. Jeśli ktoś chce spędzić kilka godzin w lesie, w towarzystwie ptaków, kwiatów i motyli, wygrzać się w słońcu - zapraszamy. Początkujący mogą nasze zawody potraktować jak  spacer, rodzinną wycieczkę, okazję do zapoznania z mapą i nieznanym terenem.


25 maja w sobotę uczniów wszystkich szkół zapraszamy do Woziwody na godzinę 9.00 na Borowiacki MnO. Tu też chętnie widzimy początkujących dorosłych oraz rodziny. Po około trzech godzinach w lesie zjemy kiełbaski i pogratulujemy zwycięzcom. Krótki wykład o wilkach przedstawi Pan Nadleśniczy Stefan Konczal, na mecie czeka też wszystkich mały quiz przyrodniczy oraz zwiedzanie Ośrodka Edukacji Przyrodniczo - Leśnej.


Tego samego dnia od godziny 16.30 czekamy na was w szkole w Legbądzie. O godzinie 17.30 wydamy mapy, a o 18 wystartujecie w rogainingu. Na te zawody trzeba się przygotować trochę lepiej. W lesie jesteśmy do godziny drugiej w nocy (jednak każdy może przyjść na metę wcześniej i także ukończy zawody) - trzeba więc mieć ze sobą światło. Tą trasę polecamy także rowerzystom - każdy kto odważy się wystartować jako nowicjusz przygodę ma murowaną. Nieważne czy jest się matką, czy ojcem - na trasie adrenaliny i emocji jest tyle, że można się poczuć jak nastolatek.


Wilki. O wilkach rozmawiałem niejednokrotnie z ludźmi którzy pracują w lesie, monitują ich obecność, znają zachowania. Gwarantują, że jesteśmy w lesie bezpieczni. Od 100 lat nie zanotowano przypadku śmiertelnego spowodowanego kontaktem człowieka z wilkiem. Jednostkowe pogryzienia spowodowane były złym zachowaniem człowieka (np. samowolne dokarmianie wiklków!). Nie powinniśmy wilka w ogóle spotkać. Wilków jest przede wszystkim mało - rodzina wilków patroluje olbrzymi teren. Ponoć nawet gdy będziemy przechodzić niedaleko - wcale się nami nie zainteresuje i nie wyjdzie nam na drogę. Co zrobić abyśmy byli bezpieczni? Powinniśmy być słyszalni - to zapewnia nam ruch w lesie (nikt z nas się nie skrada). W nocy mamy zapaloną lampkę. W razie spotkania z wilkiem nie uciekamy - powoli się oddalamy (szybki bieg może obudzić instynkt drapieżnik-ofiara). Nie interesujemy się też wilkiem patrząc mu w oczy.

Regulamin i formularz zapisów tu:
www.stkczersk.pl

Zdjęcia w tekście zrobiłem na trasie rogainingu - będzie nas otaczać przyroda, przyroda i przyroda!

poniedziałek, 4 marca 2019

Loch, Glen i Ben.



Tytuł brzmi podobnie jak "Lech, Czech i Rus". Tomek Szot zdradził nam znaczenie tych szkockich słów. Jeśli chwycimy mapę słynnych Highlands to będzie tam pełno loch-ów czyli jezior, glen-ów dolin i ben-ów szczytów. Dzień po dniu, slajd po slajdzie, przyjrzeliśmy się trasie najdłuższego szlaku w Szkocji - West Highland Way. Bonusem były "skoki w bok" na szczyty Ben Lomond i Ben Nevis. Poznaliśmy też wyprawę "od kuchni" - czyli co, po co i jak spakować na kilka dni górskiej wędrówki.


Padło sporo pytań z sali, niektóre zasadnicze, nie brakowało pytań wytrawnych turystów o szczegóły i techniczne porady. Na sali zabrakło krzeseł, przyjechali goście nawet z Chojnic, było sporo młodzieży, dzieci robiły notatki i pewnie wpadną jakieś szóstki z gegry.


Zdjęcia i opowieść zachęcały nas na wyprawę na szkockie wrzosowiska. Nasz prelegent zdradził, że pewnie tam wróci. Ja myślę nawet, że musi wrócić. Czemu? Na jego kilkudniowej wyprawie miał zbyt wiele szczęścia:
- nie siedział cały dzień w namiocie lub pod mostem czekając aż przestanie padać,
- nie walczył z plagą kąsających szkockich muszek,
- na Ben Nevisa wchodził w pełnym słońcu - Panie, to są ponoć trzy takie dni w roku kiedy nie ma tam chmur!,
- destylarnię whisky ominął nie wchodząc do środka.
Czy tak da się poznać prawdziwy smak Szkocji?
Oczywiście przemawia przeze mnie zazdrość - sam chciałbym trafić na takie dobre warunki. Poznaliśmy więc sekret Tomka - po prostu trzeba tam pojechać w maju!


PS
Niestety nie udało nam się zrobić dobrych zdjęć - ten "Wieczór z dalekiej podróży" zilustrują nam zdjęcia jednego z uczestników wyprawy.


niedziela, 24 lutego 2019

Highlands w Czersku

"Ze mną można tylko 
Pójść na wrzosowisko 
I zapomnieć wszystko"





Powyższy cytat śpiewanego wiersza Edwarda Stachury świetnie komponuje mi się z wędrówką po Szkocji. Jadąc na północ Brytanii przejeżdżamy gęsto zaludnioną Anglię. Miasto za miastem, człowiek tam zabrał przyrodzie niemal wszystko. Jakże inna jest Szkocja i jej olbrzymie puste przestrzenie. Niemal mistyczne Highlands, kolorowe w słońcu, ponure w deszczu, zamglone i tajemnicze. 
W najbliższy piątek przyjedzie do nas Tomek Szot (prawie jak Szkot) i opowie o swojej wędrówce po tym niedostępnym terenie. Ciekawy jestem jak walczył z midges, czy zmarzł na Ben Nevisie, czy wypatrzył potwora w Loch Ness. I czy w czasie odpoczynku rozmarzył się leżąc na wrzosowisku.

A tu kilka linków dla bardziej dociekliwych:





czwartek, 21 lutego 2019

Zakotrening.





Człowiek się całkiem rozwodnił, rozmiękł i prawie już rozłożył w ostatnich latach. Kontuzje nie mijały, a tylko udawały. Forma dawno uciekła. Pojawiły się teorie o nadejściu ery bujanego fotela. Więc myśl o wyjeździe w ferie i zrobienia czegokolwiek była jak wiosenne słońce wpadające przez okno. Wyciągnął mnie tam Rafał z rodziną. Tylko pięć dni - ale to wystarczy aby rozruszać stare kości. 



Pobiegałem sobie po tych wszystkich szlakach, na które latem zawsze szkoda jest czasu. Ścieżką "pod Reglami" śmigałem jak z domu do lasu. Wbiegałem w te małe dolinki, które zamierzałem zwiedzić dopiero na emeryturze. Dzięki temu że mało kto się tam zapuszczał - owiana mgłą droga "nad Reglami" zapraszała tajemniczo. Nagradzała widokami przebijających się z chmur Czerwonych Wierchów i Giewontu. Odkryłem też że Nosal, ten który nieraz mijałem nawet się nań nie przypatrzywszy - ma skałki na szczycie! Nie udało mi się tylko wbiec na Gęsią Szyję, bo szlak był nieprzetarty, w zamian zapoznałem się z Psią Trawką. Zimą w górach nie biega się tak "normalnie" - jest ślisko. Raz zbiegając szlakiem zapadła mi noga w śnieg, prawie po kolano. Pędziłem, nie zdążyłem wyjąć. Leciałem ze 3 - 4 metry i gruchnąłem policzkiem w śnieg. Aż się droga zatrzęsła. I wiem co czuje Kaczor Donald jak mu Disney nowy scenariusz pisze. Codziennie czułem się zajechany i szczęśliwy. 


Pięć dni to 80 km biegu i 40 km trekkingu. No i jeszcze jedno - ani razu, mimo podbiegów nie odezwał mi się Achilles. Chyba po raz pierwszy od dziesięciu lat!







I tak już na sam koniec - dla uśmiechu. Zatrzymałem na stopa busa. Myślałem że to zakopiańska taksówka, a była to żeńska wycieczka z Łodzi. Panie wracały z Popradu na obiad do Zakopanego. W rozmowie spytałem, czy były wczoraj wieczorem na mieście, bo była "Noc Muzeów". Były też otwarte skocznie i każdy mógł spróbować. Z dużej, mówię, nikt się nie odważył. Na małej instruktor dobierał narty i tłumaczył co i jak. Wyjaśniałem, że tego skoku nie da się ustać i po wylądowaniu zjechałem "na dupie". Do centrum nie jechaliśmy długo, ale dla tych pań byłem bohaterem. Kazałem się też wysadzić przy skoczni ;)

piątek, 17 sierpnia 2018

E albo 5


Ostatki. Zjechałem z Brenty w mniej spektakularne rejony. Czułem się gotów posmakować najtrudniejszych ferrat. Każda zmiana rejonu, nawet z pozoru niedaleka to niestety mnóstwo czasu czekania na busy i łapania stopa. Czasem cały dzień. 
Pierwszą najtrudniejszą ferratą - czyli klasa E albo 5 była via ferrata Gulio Segata. Tu miałem trochę szczęścia. Na ferratę nie było łatwo trafić. Jest oficjalnie zamknięta i nie ma już drogowskazów o których wspominał przewodnik. Spotkani Włosi nie wiedzieli o co pytam. We mgle odnalazłem ścieżkę która mi pasowała. Doszła akurat jakaś para. Nadia i Ivo akurat tam szli. Super. Ściana dla mnie była na tyle trudna, że była spora szansa że przy samotnej wspinaczce bym w połowie odpuścił...





Przy okazji Ivo wytłumaczył mi pochodzenie słów-powitań serwus i ciao. Serwus pochodzi od służby - serwis. Ciao gorzej, znaczyło kiedyś służącego niewolnika. 
Następnego dnia następna "piątka". Ferrata Monte Albano jest świetnie położona. Zaraz nad miasteczkiem Mori, ponad rozległym trawnikiem, parkiem, ogrodem i klimatycznym sanktuarium o tej samej nazwie. Tu byłem już sam - spałem pod ferratą i wystartowałem wcześnie rano. Uporałem się w półtorej godziny, adrenaliny sporo, były i piony, i trawersy.




Ostatnia trudna ferrata, czwórka, choć pewnie niedaleko piątki, trafiła mi się w rejonie szczytu Telegrafo. Znów byłem sam, było już późno i sporo miałem już w nogach. Trzy pionowe, wymagające wyciągi. A na szczycie kozice! To było godne pożegnanie ze światem żelaznej wspinaczki!





niedziela, 12 sierpnia 2018

Pastiore



Na facebooku często widuję selfie. Dziewczyny robią je zwykle w łazienkowym lustrze - w domu lub w lokalu. Zawsze chciałem też takie mieć. I zrobiłem, oczywiście zaraz obok umywalki:




Z powodu deszczów i burz, jakie w masywie Brenta spotykam codziennie, zmuszony byłem nocować w maldze, czyli po polsku w bacówce. Miała ona wydzielone pomieszczenie dla turystów- bivacco. Miałem towarzystwo koni, osłów i setek krów. Część z nich przygnał David - pastiore. W górach spotykałem wielu pasterzy - Kurdów w Turcji, Jazydów w Armenii, Ukraińców na Huculszczyźnie. Wszędzie sprawa wygląda podobnie jak na Podhalu. Lato na halach, zima we wiosce. Dawid, mieszkaniec Włoch, obywatel UE, ma inaczej. Jest ze stadem cały rok, non stop. Latem ma luksus - śpi w maldze, ma tu ciepło, dużą kuchnię i prysznic nawet. Gorzej jesienią, zimą i wiosną. Wtedy gna stado z dnia na dzień w inne miejsce. Wzdłuż rzeki Adygi. W okolicach Wenecji i Werony. Śpi w pick-upie i myje się w rzece. Ciągnie tak już dwa lata. Uważa, że zwierzęta są lepszymi przyjaciółmi niż ludzie. Oprowadził mnie po bacówce i tłumaczył jak się robi sery.





Jego kolega, Stefan zrobił na kolację pastę tagliatelle. W tej górskiej kuchni znalazło się z dziesięć różnych makaronów, z których nazw zostałem przeszkolony. Wiem już również, że colazione to po włosku śniadanie.





wtorek, 7 sierpnia 2018

Dolomiti di Brenta.



Postanowiłem pożegnać Gardę na jakiś czas. Przed nowymi wyzwaniami chciałem zrobić coś mocnego. Ferrata "Che Guevara" pasowała idealnie. Solidna ściana w pionie, wystawiona na Słońce. Nie zaleca się jej robić latem. Wrażenia spotęgował fakt, że na ścianie byłem tylko ja. Dla mnie to taka ferratowa matura. Zdałem.





Następne dni spędzam już wysoko. Dolomity Brenta pozwalają mi nocować codziennie na wysokości Rysów. Zrobiłem tu kilka ferrat - widoki niesamowite i ciężko tu coś wybrać z setek szybkich zdjęć.







Ponieważ ostatnio codziennie odwiedza mnie burza, opowiem jak to bywa. Rozbiłem się na cichej łączce. Myślałem się dobrze wyspać - rano miałem z ciężkim plecakiem wejść wysoko w góry. Czasem coś błysnęło. Nic to. Czasem był huk - pewnie samolot. Jeden, drugi... W końcu pewne - jednak burza. Za jakiś czas zaczyna padać, błyska i grzmi dookoła. Najpierw nieśmiałe modlitwy, potem niekontrolowane zdrowaśki. W pewnym momencie miałem już dość tego huku i około 24 wziąłem smartfona i czytałem głupoty w Onecie. Za pół godziny był spokój. Uff, namiot wytrzymał.