piątek, 15 sierpnia 2014

Spokojny dziadek.



Napisałbym "miły", ale się nie uśmiechał. Usiadłem na ławeczce koło niego, rozkroiłem melona i poczęstowałem. Jedliśmy powoli, milcząc, patrząc pod nogi. W głowach dwa zupełnie różne zbiory danych. I jeden wspólny element: melon. Dziadek mnie szturchnął, dałem mu nóż aby sobie lepiej poradził. I jemy. On mlasnął, ja mlasnąłem. Za melona nie podziękował, ale jak to dziadek - nie musiał. Poszedłem do meczetu umyć ręce, dziadek też człapał w tę stronę. Wracam na ławeczkę. Przychodzi sklepikarz i angielsko-turecko-gestowo daje taki przekaz: very, very danger, gest wbijania noża w trzewia, nie dawaj mu noża, 20 lat więzienia. Ops, dziadek... Za jakiś czas dobiegł Mały, usiadł koło dziadka i futrował go ciastkami.






Czy można przeklinać znaki drogowe? Takie - tak. Rosną tu jak grzyby po deszczu, grunt mają podatny. Woła (rower) pod niektóre góry pchamy we dwójkę. W upale, często w klejącym asfalcie. Za to widoki super, takie chorwackie. Zdjęć robimy mało, bo pot, wysiłek, zmęczenie...








Dwa woły.



czwartek, 14 sierpnia 2014

13

13 przyniósł nam pecha i wymieszał z fartem. Rano sam wyjechałem pustym rowerem do samotnej latarni. Zupełnie poza cywilizacją. No i dętka zasyczała. Do Rafała i zestawu naprawczego minimum 15 km. Kicha. Dzwonię żeby zameldować o nieszczęściu i szybko kończę bo słyszę silnik. Jechało sobie tureckie małżeństwo nową furą. Skąd się tam wzięli? Nie bali się porysować bagażnika i podwieźli mnie do bazy. Pech i fuks. 



Po południu jedziemy na Ayancik. Na podjeździe wyrwała mi się przerzutka. To już nie lada kicha. Biedzimy z Rafałem co dalej i próbujemy łapać stopa. I znowu fuks. Po pół godzinie siedzimy już w vanie z rowerem i bambetlami. Goście zawieźli nas pod zakład naprawczy. I tu fuks się kończy. Rower naprawiało dwóch dziadków, wzięli niecałe 50 złotych. Tanio. Przerzutka no-name. Nie wskakuje na dwie najlżejsze zębatki. Z gośćmi nie udaje nam się już dogadać, szybko zamykają zakład i tyle. Dziś na podjazdach bardzo odczuliśmy brak tych przełożeń. No i poszła jeszcze linka... 13 jednak ze wskazaniem na pecha.





wtorek, 12 sierpnia 2014

Minęliśmy tysiaka



Dziś, mijając Sinop świętujemy kilometrowe millenium. Do tej pory wszystko zgodnie z planem. Ale pewnie niedługo zaczniemy od planu odstawać. Zaczynają się tu góry. Każdy długi podbieg czy podjazd jest jak cios Mike'a Tysona. Ileś tych ciosów wytrzymamy, ale po którymś możemy jednak paść. Właśnie zjechałem rowerem z jednej dużej góry. Miałem czuć wiatr we włosach, czułem się jak w ciepłej zupie.



Jeszcze trochę ponarzekamy, teraz na śmiesznie. Rozbiliśmy się w nocy pod jakimś drzewem we wiosce, tak trochę z boku, niby nikt nas nie zobaczy. No i najpierw przyszedł facet z dwoma babami i zaś po turecku. Baby uciekły, bo miałem goły tors, a to tam negliż bezwstydny. Facet się jakoś uspokoił i też poszedł. Uff, spokój. Ale zaraz jest jakaś nowa komisja, znów po turecku... Przyszli raz, drugi, trzeci. W końcu nas zabrali na pobliskie podwórko razem z namiotem i dobytkiem. Czaj, kolacja. Na koszulkach mamy "Soczi-Stambuł", to wiele ułatwia w tłumaczeniu co i jak. Na migi wyjaśniamy, że jeden biega, drugi na rowerze. Mamma mia, o la la. No i tak w pewnym momencie jeden wstaje i każe mi iść za sobą. Nie wiem po co, idę. Wracamy na miejsce gdzie rozbiliśmy namiot. Facet świeci i szuka, ja nie wiem czego - wszystko u nich na podwórku już jest. Szukał drugiego roweru...



No i ciągle jest miło, sporo ich się zebrało, dalej gadamy i udajemy że się rozumiemy. Podwórko jest imama, przy stole siedzi też muezin. I byłoby fajnie gdyby nie przeciągnęli rozmów do północy. Nie położyli nas na balkonie, gdzie latało mnóstwo komarów. No i jeszcze zostawili włączone światło, oczywiście w trosce o nas. A my strasznie potrzebujemy tej nocnej regeneracji...





czwartek, 7 sierpnia 2014

Święta góra Ormian.



Ararat to symbol Armenii. Jest głównym motywem herbu państwa. I ta święta dla Ormian góra nie leży w ich państwie. Dodatkowo jak na złość, wodzą ją z okien Erewania - stolicy oraz większości ormiańskich domostw. Mimo że wydaje się stamtąd "na wyciągnięcie ręki" jest to dla Ormian góra odległa. Armenia nie ma bowiem z Turcją żadnego przejścia granicznego. 




Spotkaliśmy grupę Ormian pod Araratem. Nie byli to sportowcy z wyglądu. Wspinaczka była dla nich wielkim trudem. Rodziny i znajomi trzymali za nich kciuki, wieści przekazywano na facebooku. Na szczyt wnosili flagi, a na nich np. zdjęcia dzieci. Do Araratu podchodzili mistycznie, w różnych słowach dawali znać jak ważna jest dla nich ta góra. Towarzyszył im też ksiądz, który odprawiał obrządki. 




A my poznawaliśmy kulturę Kurdów. Słuchaliśmy pieśni, tańczyliśmy, gościliśmy w jurtach. Szczyt zdobyliśmy sprawnie, już trzeciego dnia rano. Aklimatyzacja do wysokości nie sprawiła większych problemów. Jednak sam finał lekki nie był. Z powodu trudnej pogody wyszliśmy nie o 2 a o 4 w nocy. Szliśmy niewyspani, ciągle w chmurze, w porywistym i przenikającym wietrze, smagał nas grad. Widoków na szczycie żadnych. Rafał mówił, że w czasie wejścia musiał na chwilę przystanąć. W końcu na takiej wysokości lekko już nie jest. Wytłumaczył to mistycznie: "góra kazała mi uklęknąć".



sobota, 2 sierpnia 2014

ordynarna autostrada...


Takiej Turcji się nie spodziewaliśmy. Ostatnie 300km biegamy drogą szybkiego ruchu. I szybko nas ten highway nie zostawi. Czujemy się też jak na Śląsku - jedno miasto się kończy, drugie zaczyna. Gęstość zaludnienia linii brzegowej wschodniej Turcji nas zaskoczyła. Miało być zdecydowanie mniej cywilizowanie.

Tu w miarę pusto.

Turcy nie mówią po angielsku, z Turkami się nie da dogadać. Oni niestety tego nie rozumieją i gadają do nas po swojemu jakbyśmy cokolwiek z tego czaili. Taka historia z kibla wzięta. Ci co znają wschodnie wychodki wiedzą ile stresu i jak mocnych nóg wymagają. Zamknąłem się w takim spokojnym zaciszu. No i ktoś też chciał w te same drzwi. Na początku się nie odzywam. Szarpie dalej, mówię "zamknięte". Język polski tu nie ma znaczenia. Szarpanie nie ustaje, dochodzi turecki słowotok. Mówię "closed", nic to nie zmienia. Pytam: "do Y speak english?" Dalej lecą najprawdopodobniej tureckie bluzgi. No i nagle chwila milczenia. Po czym zza drzwi pada genialne: "do Y speak turkish?" Przemilczałem...

Ci Turcy byli wyjątkowi. Mówili po angielsku.

Spaliśmy w rybackiej kanciapie wuja jednego z nich, zgarnął nas prosto z ulicy na której szykowaliśmy nocleg. Ci goście to fani futbolu i Trabzonsporu. Śmialiśmy się z Alemanii z Öezilem i Klose w składzie (Turek i Polak zdobyli mundialowe mistrzostwo dla Niemiec). Spytaliśmy się o naszych w Trabzonie. Padło: "Szymkowiak is a legend in Trabzon".



Biegamy na zachód - takie zachody gwałcą nas codziennie. Dziś na tydzień opuszczamy naszą autostradę. Ruszamy na Ararat!





wtorek, 29 lipca 2014

Przez Abchazję i Gruzję

Batumi - słoneczne wzgórza z piosenki Filipinek.

Ciężko uzupełniać bloga smartfonem. Abchazja miała 200km, przebiegliśmy planowo - w niecałe trzy dni. Gruzińskie wybrzeże to kolejne 150km. Teraz jesteśmy już w Turcji.


ot, dzieci...

Historia 1.
Jak nas okradli. Jechałem rowerem sporo przed Rafałem i się położyłem przy drodze na kompletnym "zad...u". Zatrzymali się kolesie. Niby sprawdzić czy mi się nic nie stało. Brat, brat, uścisnęliśmy sobie ręce, dziwowali się rowerowi z sakwami. Tam jeździ tyle rowerów, że sam on mógł być ciekawy. Mieli mi dać wodę, była w samochodzie, niby blisko. Poszedłem, w bagażniku było pusto. Kilkanaście sekund i zakumałem. Odwróciłem sie do roweru, kończyli grzebać w sakwach. Wyprostowali się i jakby nigdy nic: brat, brat, poklepali po plecach. Weszli do samochodu i odjechali z podniesionym bagażnikiem - wyczaili że liczyłem jeszcze na ich numery. Do tej pory się zastanawiam, czy mogłem zareagować inaczej. Ukradli smartfona i scyzoryk...
Ale najlepszy tekst zapodali abchascy policjanci. Złotozębni, przechlani, kompetentni. "Okradli was? Dobrze zrobili!"

Most Ingur, granica między Abchazją i Gruzją.

Historia 2
Sportowe odżywianie. Drugiego dnia biegu wkraczamy do Suchumi. Zacząłem od Rafała odstawać kondycyjnie, lepiej znosi te temperatury. No i mówię, że to już trzeci dzień kiedy nic konkretnego nie jemy, czas na obiad. Mały był trochę zdegustowany - "to szkoda że ty tak masz, że musisz jeść, ja tyle nie potrzebuję". 
Ale spokojnie, coś tam codziennie jemy ;)

Latarnia w Poti - wnętrze skorupy ślimaka.

Historia 3
Jak sporą kompanię rozweseliliśmy. W Gruzji, zaczynało zmierzchać. Jechałem z przodu, same długie wiochy, Karsin za Karsinem. Pytam grupki siedzących przed domem, czy można gdzieś namiot rozbić. Schodzi się cała rodzina, znajomi. Pytają o wszystko, opowiadam, odległy Stambuł robi wrażenie, a jeszcze ten juczny rower. Miejscówa i kolacja jest już nagrana, wspominam jeszcze, że czekam na kumpla. I wtedy Mały wbiega na podwórko. Prawie się położyli ze śmiechu. Stambuł z rowerem to już było na ich granicy pojmowania, ale biegiem? Kolacja była zacna!

Święto flagi, Nowy Afon albo stara Kolchida.











środa, 23 lipca 2014

Wystart

Wczoraj całkiem sprawnie dotarliśmy na koniec Abchazji. Kilkoma marszrutkami, płaciliśmy za cztery osoby - na tyle wyceniali nas i karton z rowerem. Celnik na Abchaskiej granicy nazwał nas ziemniakami. Myślę, co nas do cholery obraża. A on zaraz, że on też ziemniak, z Kaliningradu. Hm, co po rusku znaczy ziemniak?

Napiszę jeszcze trochę o wolnej Abchazji. W marszrutce jechało kilku Abchazów i Rosjanka z córką. Abchazi byli cicho, Rosjanki rozmawiały. W pewnym momencie za oknem coś się wydarzyło. Raczej nic wielkiego, ja bynajmniej nic nie widziałem. Może ktoś wyrzucił śmiecia na ulicę? Mama Rosjanka była w każdym razie oburzona, z pogardą mówiąc córce, że to zrobił na pewno Abchaz. To musiał być Abchaz! A dalej to już jak pisałem wyżej. Abchazi byli cicho, Rosjanki rozmawiały. Dla tych którzy nie wiedzą, Abchazja cieszy się wolnością, wyzwoliła się od Gruzji i objęta jest rosyjskim protektoratem. Rosjan jest tam pełno i chodzą z podniesioną głową. Abchazi raczej rzadko...

To jedyna fotka z granicy. Zrobiona sprytnie smartfonem. ONI się nie połapali.

A dziś miałem dzień z Frantza Kafki. Mam zboczyć rowerem do latarni 30 km. Mały ma biec dalej dychę. Ale mówi, że czekał nie będzie tylko pójdzie dalej, może zrobi 15. Objeździłem te latarnie w Pitsundzie i zrobił się południowy tropik. Żeby Małego dogonić przyciskam pedały. A żar wyciska mi pot. Mijam 10km trasy Rafała, pytam policjantów, czy ktoś biegł? Biegł. Na 15km jest kilka barów i spodziewam się Rafała. Pytam wszędzie - nikt nie widział. To trzeba złapać kontakt abyśmy się nie zgubili. Pot kapie mi na smartfona więc ten sms zajmuje sporo czasu. Mały odpisuje, jest 8km dalej. No to znowu go gonię. Przejechałem  z 13km a Małego nie ma. A tu czas na szukanie kolejnej latarni, znowu trochę jeżdżenia po bokach. I dalej gonię Małego. Jak u Kafki, cel coraz bliżej i coraz bardziej nieosiągalny. Zaczynam już słabnąć, upał odwrotnie. Piszę kolejnego smsa. Jest 3km dalej i tam już na mnie czeka. Tego dnia Rafał na luziku pyknął sobie 35km. W najwyższym słońcu...