Od jakiegoś czasu krajobraz się ustabilizował. Jeżdżę po islandzkiej wsi. Płoty ciągną się kilometrami. Za nimi zwykle łąki i owce. Ale często też nic. Hoduje się tu także sporo koni. Zboża brak. Obecnie dominuje suszenie siana. Jeden gospodarz opowiadał że dziennie zużywa 300 litrów paliwa na przewracanie trawy. Ceny siana pójdą w górę? Typowy owczy skład to baran i dwie owce. Owce słuchają barana i czekają na jego reakcję. Baran ucieka, one za nim. Na typowym podwórku stoi jeep rodem z rajdu Paryż - Dakar. A za gospodarstwem wznosi się zwykle skała. Czasem spływa też wodospad. Islandzkie farmy są kolorowe dzięki kiszonkowym balotom. W Polsce mamy tylko białe. A tu błękitne, różowe, zielone. Nawet w czarno-czerwone pasy, jak juwentusowe koszulki. Dzień dziewiąty - 142km, 3 latarnie.
Teraz trochę o wietrze. Spałem wysoko w górach gdzie wiało. Łomot tropiku i różne inne świsty, prawie jak w hucie. Rano z chwilą wyjęcia ostatniej szpilki namiot ruszył przed siebie. Goniłem go i wcale nie byłem pewny że dogonię. Potem kolejny problem - jak go teraz zwinąć? Wsiadłem na rower i miałem super wiatr w plecy. Jechałem szybko i spodziewałem się zrobić dobrą odległość. Wiatr jest bardzo niebezpieczny na zjazdach. Pędzę pewnie 50km/h i wiatr rowerem hula na prawo i lewo. Potrafi rzucić nawet metr w bok. Nie mogę jechać przy barierce, bo mnie na nią zepchnie. Jazda środkiem pasa jest także niebezpieczna. Są też niespodzianki - jeśli skały ustąpią miejsca jakiejś dolince na pewno zmieni się wiatr. I metr w bok. Z wiatrem w plecy 80km zrobiłem bardzo szybko. Dojechałem na północny przylądek Islandii i niemal dotknąłem koła podbiegunowego. Jednak powrót na południe pod wiatr złamał moje morale. Na koniec nogi miałem z waty. Dzień dziesiąty - 153km, 6 latarni.
Myślałem że nie będzie o czym pisać, nędzny dzień się zapowiadał. A jednak. Trafiłem na małe muzeum eksploracji. W nim pamiątki po pierwszych polarnikach i misjach Apollo. Równie niespodziewanie na jednej z farm znalazłem muzeum automobilizmu. Z graciarnią na podwórzu, warsztatem renowacji i wielkim salonem oldskulowych limuzyn. Teraz kładę się spać niedaleko wielkiego wodospadu Godafoss. Dzień jedenasty - 117km, 4 latarnie.
Ja się kładę spać. Ale Rafał od kilku godzin już biega. Będzie biegał nieprzerwanie przez piątek i sobotę. 240km w Biegu 7 Szczytów. Trzymamy kciuki!
Fotka-zagadka dla tych co wytrwale czytają do końca. Na tym zdjęciu coś "nieteges". Pierwszy kto odkryje co jest nie tak i zapisze to w komentarzu otrzyma kartkę z Islandii.








































